...była też pierwsza moskiewska narracja, a potem nastały następne etapy (a z nimi nowe ich mądrości). Z biegiem dni, z biegiem lat (bo to właściwie drugi rok idzie od „katastrofy”) pewnych śladów pojawia się tak wiele, że zaczyna być widoczna jakaś ścieżka w smoleńskim lesie, z rozmaitych niezwykłych przypadków układa się logiczny ciąg, a wśród rzeczy dotąd tajemniczych i nawet mrocznych pojawia się słoneczny promyk. Jak to mawiają ci, którzy wciąż z pewnej choroby serca (umiejscowionego po lewej stronie) wyleczyć się nie mogą, „w komunizmie liczył się człowiek” (ewentualnie „w komunizmie najważniejszy był człowiek”, bo sentymentalne wersje tej ludowej wiedzy pojawiają się różne). W neokomunizmie jest podobnie, choć oczywiście nie tak samo (widzimy gołym okiem, że dekoracje są nieco odmienne). Liczy się człowiek – to święta prawda – tylko trzeba wiedzieć, jaki człowiek. To musi być właściwy człowiek na właściwym miejscu. Co innego bowiem taki człowiek jak S. Pyjas, a co innego taki jak choćby Cz. Kiszczak. No więc właściwy człowiek się liczy – niewłaściwy niekoniecznie. Ot, i cała prawda o sowieckiej antropologii.

 
Dobrze, ale kto to jest właściwy człowiek? To jest taki człowiek, który wie, co robić we właściwej chwili. Niewłaściwy człowiek nie wie, co robić i np. zamiast służyć socjalizmowi i internacjonalizmowi (bez względu na to, czy mówimy o komunizmie czy o neokomunizmie, bo czasy i dekoracje się zmieniły, ale nieśmiertelne ideały pozostały, nie tracąc nic ze swej aktualności), to się pakuje w niewłaściwe znajomości i zabiera za niewłaściwe działania; i w rezultacie bałagani, zamiast przykładać rękę do sierpa lub do młota w budowie nowego ładu. Właściwy człowiek wie, kiedy sięgnąć po młot, kiedy po sierp i jaki z nich robić użytek. Zna swój warsztat, pilnuje go i nie robi bajzlu w socjalistycznym porządku. Prosta historia. Należy dodać jedynie, że właściwi ludzie nie rodzą się na kamieniu, lecz zwykle wyrastają w kuźniach socjalistycznych talentów, szlifowani są intelektualnie i ideowo tak jak diamenty w smoleńskiej fabryce „Kristall”, po to, by z czasem przerosnąć nauczycieli.

 
Gdzie zaś porządek jest idealny i gdzie się wzorcowo szlifuje ludzki kruszec? Oczywiście w wojsku. Komunizm zresztą jako w istocie wojskowa dyktatura (stąd też państwa komunistyczne są zawsze zorganizowane na zasadzie kompleksowego zmilitaryzowania – sama bowiem bezpieczniacka inwigilacja i zastraszanie by nie wystarczały, musi być jednak pod ręką porządny sowiecki knut) atmosferę „jednostki wojskowej” wprowadza gdzie tylko się da (zaś w latach 80. był wyjątkowy renesans uwojskowiania najważniejszych peerelowskich instytucji). Czerwoni bowiem wychodzą z założenia, że ład społeczny jest wtedy, gdy właściwy człowiek wydaje właściwe rozkazy właściwym ludziom, którzy je właściwie wykonują. I tak jak w hali produkcyjnej po naciśnięciu włącznika zapala się światło w kolejnych jarzeniówkach, tak na rozkaz jakiegoś trepa-genseka, niesie się jasność po wszystkich sferach zmilitaryzowanego państwa. Prosta historia, powtarzam.

 
Prostota sowietyzacji ma kolosalne znaczenie w zrozumieniu rzeczywistości neokomunizmu, w jakiej przyszło nam od ponad 20 lat żyć. W niej wzorce z poprzedniego systemu zastosowano ponownie, choć w ulepszonej, tzn. już nie tak siermiężnej jak za „Kraju Rad” i permanentnej „walki o pokój”, formie. W „transformowanym państwie” bowiem funkcjonuje identyczny, choć może nieco bardziej skryty za zasłoną „nowoczesności”, błyskotek, eleganckich ubrań, szerokich uśmiechów i wszelakiego luksusowego blichtru, system z właściwymi ludźmi na właściwych miejscach dokonujących właściwych działań we właściwym czasie. Ten parametr „właściwy” należy odczytywać tak samo jak w komunizmie – w poprzednim reżimie wszak nie trzeba było ZAWSZE, tj. o każdej porze dnia i nocy, służyć władzy. Wystarczyło to robić od czasu do czasu. Można było służyć dość rzadko (zwłaszcza pracując w jakichś newralgicznych obszarach). Można było nawet działać w taki sposób, jakby w ogóle się nie służyło sowieckiej władzy (obracając się np. w kręgach opozycyjnych), tylko raz, w jakiejś właściwej chwili, przysłużyć się w ten właściwy sposób (składając donos, przekazując cenną informację, wykradając jakiś dokument etc.).

 
Ten może przydługawy wstęp ma posłużyć za swoisty punkt odniesienia do wczorajszych odkryć, jakich w blogosferze dokonano, a które nie powinny pójść w zapomnienie, gdyż stanowią „światełko w tunelu”. Tunelu nie byle jakim, bo okęckim. Kiedyś zresztą, bo w styczniu br., trochę mimochodem, bo artykuł dotyczył trochę innych spraw, podano w „Naszym Dzienniku” w art. „Jak oficer polityczny stał się ekspertem” kilka istotnych faktów dotyczących jednego z autorów książki „Ostatni lot” (http://naszdziennik.pl/index.php?dat=20110103&typ=po&id=po21.txt), T. Białoszewskiego:
 
I tom
 
Białoszewski po katastrofie w Smoleńsku nader chętnie udziela się mediach jako ekspert lotniczy. W Polskim Radiu powiedział m.in., że gen. Błasik mógł wywoływać "dodatkowe emocje" u załogi rządowego samolotu. W TVN 24 nazywany publicystą lotniczym mówił, że to pilot odgrywa decydującą rolę. W "Polsce Zbrojnej" napisał artykuł "Smoleńska droga podejścia". Zwieńczeniem jego działalności w tym względzie była wydana ostatnio wespół z płk. Robertem Latkowskim książka "Ostatni lot".

 
W okresie PRL Białoszewski swoją karierę związał z wojskiem. W latach 80. był kierownikiem klubu żołnierskiego w Wyższej Oficerskiej Szkole Radiotechnicznej w Jeleniej Górze. Po ukończeniu zaocznie 2-letniej szkoły pedagogicznej w Poznaniu został awansowany ze stopnia chorążego na podporucznika. Został wówczas oficerem politycznym w szkole radiotechnicznej, bynajmniej nie zajmując się sprawami techniki wojskowej.

Przejawem jego działalności na niwie kulturalnej było prowadzenie Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Dalszą karierę związał z telewizją. W 1988 r., będąc już kapitanem, trafia do Naczelnej Redakcji Programów Wojskowych w Warszawie. Przez dziennikarzy telewizyjnych jest kojarzony z tematami wojskowymi. - Należał do redakcji wojskowej - mówi redaktor Wojciech Reszczyński. - Był i jest związany z wojskiem – ocenia.

W 1990 r. w ramach ogólnopolskiego konkursu został prezenterem telewizyjnym. W okresie 1990-1993 prowadził niektóre wydania dzienników telewizyjnych. Zajmował się też publicystyką, głównie o charakterze wojskowym i historyczno-wojennym.

 
Wbrew sugestiom autora powyższego tekstu, Z. Baranowskiego, nie oburzałbym się na wojskowo-festiwalowo-medialną drogę Białoszewskiego (jak i na to, że ten ostatni jest pewnie takim samym publicystą lotniczym, jak Osiecki (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/ekspert-prezentuje-swoje-badania.html), wierny uczeń radzieckiego docenta S. Amielina (http://freeyourmind.salon24.pl/304592,fotoamator-specjalnego-znaczenia)). Podejrzewam bowiem, m.in. po lekturze raportu komisji zajmującej się likwidacją WSI (http://naszdziennik.pl/dodatek/wsi/raport.pdf), że jest dużo więcej takich błyskotliwych karier w mainstreamie, tylko nie o wszystkich jeszcze napisano (z pewnością aneks do raportu, by nam w tym wiele pomógł). Wprawdzie prowadzenie kołobrzeskiego sowieckiego festiwalu
 
1
 
2
 
3
 
4
(niestety, nie udało mi się znaleźć zdjęcia z TB)
 
 
w latach 80. (a potem trafienie w 1988 r. w stopniu kapitana do Naczelnej Redakcji Programów Wojskowych powołanej w epoce jaruzelszczyzny na fundamencie wcześniejszych „redakcji wojskowych” TVP) wymagało oprócz właściwej prezencji odpowiedniego „kośćca ideowego”, no ale przecież „takie były czasy” :)

 
Nawiasem mówiąc o NRPW pisał w 2004 r. (jeszcze w „Życiu”) L. Misiak w artykule „Mundurowi w TVP” (zacytuję ze względu na wątek związany z nominacjami), opisując m.in. karierę J. Brandta, jednego z „wojskowych redaktorów naczelnych” NRPW:

 
Przygoda ppłk. Janusza Brandta z telewizją zaczęła się 1985 r. Był wówczas, jak mówi, podporucznikiem.

- Wygrałem konkurs na producenta programu "Poligon" - wspomina. - Do TVP przyjmował mnie w 1989 r. płk Włodzimierz Szymański z Głównego Zarządu Politycznego WP, który w stanie wojennym był w telewizji komisarzem wojskowym. W Naczelnej Redakcji Programów Wojskowych pracowałem od 1989 r. Pensje otrzymywaliśmy z Zarządu Polityczno-Wychowawczego MON. Od 1992 do 1994 r. byłem szefem NRPW. Funkcję tę powierzył mi Bronisław Komorowski, ówczesny minister obrony narodowej. Moim poprzednikiem był pułkownik Krzysztof Pomes, ważna postać w Radiokomitecie. Pracował w różnych redakcjach, m.in. w Teleexpresie, ale także w kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego
.”

 
Mały jest ten świat, prawda? Poza tym (znów wbrew sugestiom„NDz”), jeśli chodzi o „warstwę merytoryczną” trylogii „Ostatni  lot”, to zapewnić ją mógł płk R. Latkowski, było nie było długoletni dowódca 36 splt (od 11 listopada 1986 do 5 lutego 1999 wg ustaleń K. Galimskiego i P. Nisztora w książce „Kto naprawdę ich zabił?”, s. 21; choć do 36 splt trafić miał już w 1976 r.), który, dla wzmocnienia swojej wiarygodności w tzw. dziennikarskim śledztwie dot. „katastrofy”, w książce zamieścił też swoje zdjęcie z Janem Pawłem II.

 
Właściwie to nie powinienem może mówić o trylogii, skoro, po pierwsze, swój bestseller (pod klasycznym tytułem) opublikował najpierw smoleński fotoamator Amielin (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/blogerzy-gubernatora.html), następnie ukazała się praca nawiązująca do radzieckiego klasyka, autorstwa trójgłowego smoka warszawskiego, tj. właśnie Białoszewskiego, Latkowskiego i Osieckiego, potem zaś powstała (pod tym samym tytułem), lipcowa kontynuacja ich dzieła, przy czym, jak się dowiadujemy ze strony firmy (http://www.tbb.pl/) Białoszewskiego w dziale „nasze latanie” (http://www.tbb.pl/index.php?option=com_content&view=category&layout=blog&id=6&Itemid=7):

 
Druga książka, będąca kontynuacją naszego dziennikarskiego śledztwa, została ukończona i przesłana do druku pod koniec lipca 2011 r., kilka dni przed zakończeniem prac komisji ministra Jerzego Millera. Zakładaliśmy, że fakty i informacje, do których dotarliśmy, uzasadniają jej wydanie. Jednak już po wstępnej, pobieżnej analizie i krótkiej burzy mózgów doszliśmy do wniosku, że wycofujemy ją z drukupo to, aby przedstawić - w świetle raportu komisji - nasz "protokół rozbieżności".
 
II tom
 
Trzecia więc książka„Ostatni  lot” (licząc wraz z arcydziełem Amielina) została wycofana z druku, a powstała czwarta, udoskonalona, którą autorzy reklamują jako „jeszcze bliższą prawdy”: „Do lektury kolejnego, tak uzupełnionego tomu "Ostatniego lotu", który ukaże się w księgarniach na początku września, zachęcam i zapraszam już teraz. Sprawdźcie, jak blisko prawdy jesteśmy tym razem”. Mamy naturalnie nadzieję, że następny tom już będzie najbliżej prawdy albo też przedstawi prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.
 
trójgłowy smok warszawski
 
Na stronie TBB, skoro już tu zawędrowaliśmy, jest też mowa o klientach firmy (http://www.tbb.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=3&Itemid=3) i w dziale „Instytucje, urzędy i osoby publiczne” czytamy m.in. „Poseł na Sejm RP Bronisław Komorowski; Ministerstwo Obrony Narodowej”,
 
klienci
 
w czym, rzecz jasna, nie ma nic nadzwyczajnego, każda firma może sobie dobierać klientów wedle własnego uznania, ci zaś mogą zlecać jej to, w czym dana firma się specjalizuje lub też w czym jest najlepsza. Prosta historia znowu.

 
Nie rozstajemy się jednak ze stroną TBB, ponieważ pojawia się na niej wątek związany z około-okęckim  spottingiem.  Niektórzy paranoicy smoleńscy dziwowali się swego czasu, jak to się mogło stać, że na Okęciu 10-go Kwietnia, skoro tyle ciekawych rzeczy tam się działo, skoro nawet monitoring nawalił, to zabrakło też spotterów, fotoreporterów etc., no i zdjęć z porannych przygotowań do odlotu ze stołecznego lotniska jest tak niewiele. Właściwie, tyle co nic (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/anomalie.html). Otóż okazuje się, że na Okęciu spotterzy jak najbardziej są i to w samym 36 splt; i mają się znakomicie. Któż bowiem może mieć lepszy dostęp do przylatujących i odlatujących statków powietrznych, jak nie ktoś, kto na lotnisku osobiście pracuje? I to np. jako mechanik jaka-40 oraz śmigłowca mi-8 (http://www.tbb.pl/index.php?option=com_content&view=category&layout=blog&id=8&Itemid=11).

 
To, że J. Grześkowiak, który ma swoją skromną podstronę na stronie TBB, przy okazji zrobił zdjęcia do trylogii Białoszewskiego-Latkowskiego-Osieckiego „Ostatni  lot”,to już drobiazg. Grunt, że był na miejscu, co widać choćby po tej kolekcji: http://www.tbb.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=13:flota-36-splt&catid=8:grzekowiak&Itemid=11 - mógł zatem uwiecznić to, co się działo 10-go Kwietnia. Grześkowiak informuje, że „znaczną część życia spędza na lotnisku lub w jego okolicach. Jest tam w każdej wolnej chwili, a i w pracy "na płycie" zwykle miewa aparat w zasięgu ręki” oraz że „ma w swym prywatnym archiwum kilka tysięcy fotografii polskich i zagranicznych statków powietrznych wojskowych i cywilnych”. Nic dziwnego chyba, że po takich zapowiedziach apetyt nasz może bardzo wzrosnąć. Jeśli bowiem tyle było okazji i istnieje takie olbrzymie jest archiwum, to zapewne zebrało się trochę fotografii właśnie z 10-go Kwietnia rano? Może są w którymś z tomów trylogii? Chyba że wtedy, tragicznego sobotniego ranka, na Okęciu zapanowała zasada, że to obiekt wojskowy i obowiązuje zakaz fotografowania.

 
Dobrego fotografa/operatora poznaje się nie tylko po tym, co uwieczni, lecz i po tym, czego starannie nie  umieści w kadrze. To tak jak z Amielinem, co więcej czasu spędził pod smoleńskimi drzewami niż np. przy wraku na Siewiernym. Tak czy tak widzimy, że analogicznie jak w przypadku okolic lotniska smoleńskiego, tak i na okęckim jacyś zdolni mechanicy pracują.

 

 
f
 
http://www.gk24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20111005/KOLOBRZEG/456250802 (możliwe, że festiwal powróci w przyszłym roku; może więc już w 2012 będziemy w Układzie Warszawskim? A przynajmniej wyjdziemy z NATO, tak jak zapowiadał kiedyś... kto to zapowiadał? :))