Pod koniec przesłuchania moonwalkera rozgrywa się między min. A. Macierewiczem a S. Wiśniewskim dialog dotyczący słynnej, pokazanej na całym globie, „akcji przeciwpożarowej” na Siewiernym, który warty jest przytoczenia:


 
"AM: - Nie wiem, czy pan sobie zdaje sprawę z tego, że oficjalna komisja stwierdza, najpierw pani Anodina, następnie przede wszystkim uwagi polskie do komisji pani Anodiny, że pierwsze służby rosyjskie przybywają na miejsce katastrofy o godz. 10.55. Czyli (...) 6 minut po panu. Takie jest dokładne ustalenie z raportu polskiego ze strony 58, dokładnie, co oznacza, że... powstaje pytanie: KIM BYLI LUDZIE, KTÓRYCH PAN TAM WIDZIAŁ, KTÓRZY BYLI STRAŻAKAMI, JAKIMIŚ OFICERAMI ITD. (podkr. F.Y.M.). Z jakiej jednostki, z jakiego zespołu, skąd oni pochodzili, skoro mamy stwierdzenie, że faktycznie jako pierwsza na miejsce wypadku przybyła jednostka PCz3 o godz. 10.55. To jest dopiero 14 minut po wypadku.
(SW unosi brwi zdziwiony)
AM: - Więc skąd pochodziły służby, które pan widział - to jest pytanie.
(SW się uśmiecha w odpowiedzi)
AM: - I to nie jest pytanie do pana, tak naprawdę, bo ja rozumiem, że pan po prostu rejestrował to, co pan widział.
SW (śmiejąc się): - Po prostu, najzwyczajniej. A tym bardziej, że na moim skromnym... W moim skromnym, krótkim materiale widać, że o tej, powiedzmy, 8.52 czy 8.53 już są jacyś ludzie, strażacy... Czy to faktycznie byli strażacy, czy mówiąc nieładnie z piosenki, że to byli przebierańcy, bo tego, trudno mi powiedzieć. Ale na przykład ten z FSO raczej był prawdziwy, bo się wylegitymował. Czy to było, była oryginalna...
AM: - Czyli strażacy, nie strażacy, ale służby były, bo to...
SW: - Służby były.
AM: -...pana zdanie o służbach rosyjskich znamy i... Tak.
SW: - No zresztą widać, tam napisane, ten skrót: "Pożarnyj...", po rosyjsku, służba..., "straż pożarna", po naszemu. Czy faktycznie to były te właściwe służby, czy może Rosjanie na przykład inaczej rozumieją pojęcie służb (he he - przyp. F.Y.M.). Może...
AM: - Ja rozumiem. I jeszcze...
SW: - To niestety trzeba zapytać Rosjan."


 


 
Co mogli robić „strażacy” biorący udział w maskirowce? Po pierwsze – podpalać przygotowane ogniska. Niektóre gasły stosunkowo szybko, bo zapewne byle jak rozlane były łatwopalne płyny, stąd pozostały na liściach takie czarne plamy (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/moonwalker-w-zonie-koli.html)
u
 
– i w rezultacie największe ognie są widziane podczas próby maskirowki, kiedy po scenerii pałęta się Kola z leśnym dziadkiem.


 
Po drugie, „strażacy” lejąc wodę po całym pobojowisku (potem, gdy już przybyli urzędnicy, to lano pianę, bo paliwa lotniczego przecież wodą się nie gasi), prawdopodobnie przez kilkadziesiąt minut przed „sygnałem o wypadku” (na płycie lotniska), czyli, nawiązując do relacji Bahra, „ugięciem się kolan Rosjan” (dosłownie „przysiedli z wrażenia”), a następnie „poderwaniem się Rosjan do biegu”, by w te pędy ruszyć przez płytę lotniska samochodami (http://wyborcza.pl/1,75480,8941828,Startujemy.html?as=3&startsz=x) – mieli za zadanie tworzyć „bagno” („błoto po kolana”, jak będzie opowiadał 10 Kwietnia pod bramą lotniska moonwalker; „tam się nie dało normalnie iść”, jak będzie dodawał w sejmie).


 
A skoro już o strażakach i grząskim terenie mowa:


 
Przez mgłę widziałem przed sobą tył samochodu strażackiego, a po bokach pobojowisko w typowo sowieckim stylu - ruiny garaży, rozwalające się magazyny i wraki zardzewiałych samolotów.


 
Samochód strażaków zatrzymał się, wycofał i zawrócił w prawo. Widocznie dostali od kogoś sygnał, że źle jadą. Po kilkuset metrach znowu stanęli. Wysiedliśmy. Znajdowaliśmy się poza lotniskiem. Obok był rów, przed nami łąka. Zobaczyłem wicegubernatora, stał za rowem. Krzyczał do nas, że to tutaj i że jest grząsko.


 
Ale człowiek - jak pani wie - w takich momentach nie myśli o ostrożności. Naturalnym odruchem jest biec dalej, żeby komuś pomóc, kogoś ratować. Bo samolot przecież jak w filmach akcji wrył się prawdopodobnie w ziemię albo wbił w jakąś ścianę. I my uwięzionym w nim ludziom jesteśmy potrzebni.


 
Zaczęliśmy biec. Pod butami czuło się miękki grunt, ale można się było po nim poruszać.


 
Po 100, może 150 metrach zobaczyliśmy cztery sterty złomu. Parowały dymem. Dym unosił się nad polami i szedł w górę. Jak podczas zbierania ziemniaków. Na polu, jesienią.”


 
Wykopki niemalże. Scena jak z „Chłopów” Reymonta. Dym nad polami, zimioki, pole jesienią – ot takie skojarzenia na gorąco ambasadora, co pobojowisko po katastrofie zobaczył.


 
Wróćmy jednak z tych odmętów świadomości Bahra na bagnisty grunt na Siewiernym. Po co to całe bagno? Z prostego powodu, żeby właśnie przedstawicielom polskiej delegacji na sam widok „błota po kolana” odechciało się wchodzić na pobojowisko,
t
 
żeby więc nie przyglądali się niczemu z bliska, żeby nie chodzili wśród szczątków, nigdzie nie zaglądali, a najlepiej, by się stamtąd wycofali, ponieważ, jak choćby wynika z zeznań Sasina (cytat poniżej), nie było widać wielu ciał ofiar.


 
Wierzchowski, który (wbrew temu, co mówił Wiśniewski o swojej księżycowej wędrówce) czuje zapach paliwa lotniczego na pobojowisku, w swych sejmowych zeznaniach powie a propos biegu za trzema gośćmi w kitlach przez błotnisty teren: „Ciężko to nazwać biegiem... Każdy gdzieś tam mimo wszystko ma odruch tego, żeby... będąc w garniturze i tak dalej, to tam tego... I widziałem, że oni tam pobiegli, ja poszedłem za nimi...” (1h40/41').


 
Sasin („Mgła”): „Biegliśmy (…) przez taki lasek, zagajnik. Było bardzo mokro, pamiętam, że było bardzo morko. Ja zapadałem się po kostki w jakby czymś takim błocie czy wodzie...”


 
Kwiatkowski („Mgła”): „Zdałem sobie sprawę, że to jest teren taki, jaki jest i że mogę chodzić po tych... mogę chodzić tak naprawdę po moich koleżankach i kolegach – to się wycofałem.”


 
Sasin („Mgła”): „Stwierdziłem, że to po prostu nie przystoi w ten sposób się zachowywać, że należy to miejsce potraktować jako grób. (…) Ja widziałem mniej więcej te ciała, które leżały, które jakby można było zobaczyć. Natomiast pozostałe ciała były gdzieś wśród tych szczątków, gdzieś wymieszane z tymi fragmentami czy gdzieś wręcz pod tymi fragmentami samolotu, więc po prostu stwierdziłem, że jest to niemożliwe, żeby dotrzeć do tych innych ciał.


 
Dlaczego Ruscy urządzili „bagno”, a nie zrobili porządnego pożaru, by zjechało się pół Smoleńska na gaszenie i by cały świat miał co oglądać? Może zwyczajnie nie dali rady albo nie mieli czasu na taki spektakl z prawdziwego zdarzenia. (Albo machnęli ręką, że jakoś to będzie, bo Polacy i tak będą w straszliwym szoku). Co innego bowiem urządzenie z pirotechnikami paru odgłosów we mgle, a co innego podpalenie łąki i „samosiejek”, no i części samolotu. Jeszcze po pijanemu paru „strażaków” by się zapaliło i wtedy dopiero byłby cyrk, gdyby się ludzie zlecieli. Poprzestano więc na paru ogniskach, albo, jak to określał Wierzchowski - na paru „ogniskach zapalnych – tu się trochę pali, tam się trochę pali, tu się dymi...”.


 
Coś musiało się palić, no bo co to za katastrofa lotnicza, nawet jak na ruskie, specyficzne (nie „spartańskie” - Rosja ze Spartą nic nie ma wspólnego), warunki, nawet w „bagnistym lesie” czy „na mokradłach” wojskowego lotniska - bez ognia i dymu? Wprawdzie zapobiegliwa ruska straż jest w stanie ugasić pożar, zanim do niego dojdzie, ale przecież w tym wypadku akurat należało pożar ugasić jednak dopiero „po katastrofie”, tak by przynajmniej parę osób widziało na własne oczy, że coś się do cholery paliło, a nie, że kilkudziesięciotonowa (z zapasem 10 t paliwa lotniczego) maszyna spadła, rozpadła się, 70% kadłuba diabli wzięli, foteli nie ma, bagaży nie ma, pasażerów też za bardzo nie ma, a w międzyczasie jeszcze żadnego ognia ani dymu nie było. Takiego zjawiska fizycznego nawet największe mózgi elektronowe Moskwy i bratniej Warszawy, z najlepszego marksistowsko-leninowskiego chowu mogłyby nie umieć wyjaśnić ludowi za pomocą prostych słów, typu „brzoza”, „beczka”, „plecy”, „miazga”, „przeciążenie 100 g”.


 
Gdy po paru godzinach „po wypadku na Siewiernym” bagno znikło i ukazała się twarda ziemia,a nawet wiele „samosiejek” zaczęło wstawać z niedawnych błot i trzeba było uruchomić pilarki, by „przerzedzić widok” i zrobić miejsce dla odpowiedzialnej pracy ruskich służb, to już nikt sobie bagnem głowy nie zawracał – wystarczyło bowiem, że telewizje całego świata pokazywały nakręcone przez moonwalkera Wiśniewskiego bagno przez cały dzień. Reszty zaś dopełniły migawki z czerwonymi trumnami ładowanymi na ciężarówki.

 


 
 
 
p
 
r
 
k
 
e

 
 
PS. Czy widzieliście Państwo kiedykolwiek, by na miejscu akcji strażackiej ktoś stał i palił papierosy, tak jak goście na filmie Wiśniewskiego?A czy ci goście poniżej nie mogli sensowniej pociągnąć tego węża do gaszenia?l