Jeśli się stworzyło państwo pozorne, imitujące i to w dość nieudolny sposób, państwo wolne, niepodległe i praworządne, to nie można mieć naraz pretensji o to, że ta potiomkinowska wieś rządzi się własnymi prawami. Ostatnio bowiem pojawiły się dwie ciekawe, choć moim zdaniem niezbyt głębokie, diagnozy sytuacji politycznej Polski, w których zwraca się uwagę generalnie na to, że wciąż u władzy nie nastąpiła jakaś zmiana pokoleniowa (rządzi establishment III RP) oraz na to, że życie polityczne w naszym kraju jest bezideowe. Może i jest w tym sporo racji, ale jakie są powody takiego stanu rzeczy?

 
Po pierwsze pieriestrojka, która miała na celu przekształcenie wielkiej potiomkinowskiej wsi w stylu sowieckim na taką wieś w stylu posowieckim (a zarazem neomarksistowskim w sensie Gramsciego i Marcusego), a więc zahamowanie jakichkolwiek głębokich przemian niepodległościowych w obszarze państw zagarniętych kiedyś przez bolszewicką Rosję, udała się. Wpływy sił komunistycznych są obecnie (paradoksalnie) większe aniżeli w czasach bolszewizmu. Czerwoni (nie tylko w naszym kraju) dysponują olbrzymimi zasobami finansowymi, mają swoje struktury polityczne, sitwy w gospodarce, służbach i środowiskach przestępczych oraz media. To wszystko zaś mają zupełnie legalnie, już bez konieczności odwoływania się do karzącej ręki czerwonoarmisty i do systemu psychuszek oraz koncłagrów. Co więcej, czerwoni są obecnie w kontrofensywie neomarksistowskiej, zmierzającej do radykalnej transformacji w obszarze obyczajowości, religijności, kultury i edukacji (zgodnie z ideałami Gramsciego i Marcusego) – dowodzi to zarazem, że zbagatelizowanie problemu rozliczenia komunizmu (zwłaszcza poprzez proces analogiczny do norymberskiego i poprzez wyroki śmierci na zbrodniarzach), doprowadziło do faktycznej rekomunizacji całego obszaru państw „postkomunistycznych”, w których, jak to powiadają światli ludzie, zapanowały czasy postpolityki, tj. wesołego administrowania, występowania przed kamerami i nieprzejmowania się poważnymi kwestiami. W niedalekiej przyszłości spodziewać się możemy zatem kolejnego starcia z czerwonymi; widać zresztą gołym okiem, jak środowiska te nacierają na ludzi religijnych, na tradycjonalistycznie pojmowaną rodzinę, na szkołę, na wolności obywatelskie itd.

 
Po drugie, „elity opozycyjne”, które zajęły się procesem „demontażu komunizmu”, co tak naprawdę miało postać asystowania przy działaniach demontażowych samych czerwonych, miały jedyną naczelną ideę związaną z „nowym państwem”, ideę „jakoś to będzie”. Z początku zresztą te elity tak bardzo się trzęsły przed jakąkolwiek realną władzą, że nie tylko przymykały oczy na to, co wyrabiali komuniści (urządzanie się w nowej rzeczywistości, niszczenie archiwaliów itd.), ale nawet nie chciały demontować „Układu Warszawskiego” ani wyganiać sowietów z Polski. Jako roboczy pomysł ozdrowieńczy na wszelkie bolączki i boleści wymyśliły więc te elity drogę westernizacji kraju, nie przejmując się wcale ani tym, że wprowadzanie potiomkinowskiej wsi do struktur północnoatlantyckich i unijnych, nie może uczynić z niej normalnego państwa, ani tym, że nie zostały uregulowane kwestie powojennych odszkodowań wobec Polski ze strony Niemiec i Rosji. Nie należy się dziwić, że zachodnie elity uznały, iż warto nasz kraj, mimo że jest potiomkinowską wsią, wciągać do zachodnich struktur, zawsze to bowiem kolejne zabezpieczenie przed rosyjską nawałą, a poza tym nawet w potiomkinowskiej wsi da się trochę interesów ubić. Dla Niemców zresztą interes był podwójny, albowiem Polska militarnie słaba, źle rządzona, niepraworządna, zabałaganiona i kulturowo oraz naukowo cofnięta w rozwoju, to kolejny obszar do cywilizacyjnego podboju.

 
Po trzecie, owi pomysłodawcy westernizacji (wśród których i komunistyczna brać się zaraz pojawiła), przechodzili do porządku dziennego nad procesami ateizacji, laicyzacji, deprawacji, propagowaniem aborcji oraz eutanazji właśnie w obszarze „westernizującym”. To podejście musiało wynikać albo ze słabego rozpoznania rzeczywistości konstruowanego przez oświeconą zachodnią lewicę, superpaństwa, albo ze zwyczajnej głupoty. Obstawiam to drugie. (Pomijam motywację czerwonych, którzy od wczesnych lat 40. stawiają sobie w Polsce za punkt honoru niszczenie polskiej kultury i tkanki narodowej, i będą to robić do końca świata, jako przedstawiciele antypolskiej formacji). Elity więc nie przejmowały się zupełnie tym, że tak naprawdę za fasadą westernizacji kryją się poważne zagrożenia kulturowe, z którymi będą musieli się Polacy borykać, będąc kulturowo osłabionymi po kilkudziesięcioleciu ludobójczego komunizmu.

 
Po czwarte, Kościół (mam na myśli hierarchów) w swej części zajął w tych wszystkich procesach postawę albo aprobującą (mediowanie między opozycją a czerwonymi, „błogosławienie” okrąglaka, „błogosławienie” akcesji do „unii” etc.), albo defensywną, polegającą na tym, że się zagrożeń kulturowych nie zauważa lub też się je traktuje jako „na razie niegroźne”. Swoją drogą zastanawiam się, czy gdy homoseksualne bojówki (wzorem holenderskich) zaczną wdzierać się na nabożeństwa eucharystyczne w polskich kościołach, to czy wtedy się duchowieństwo obudzi, czy też już na przebudzenie będzie wtedy za późno (mam nadzieję, że przynajmniej sami Polacy się przebudzą). W istocie rzeczy bowiem osławiona westernizacja w dzisiejszym jej wydaniu nie ma nic wspólnego z krzewieniem wolności i szacunku dla godności drugiej osoby, ze zwalczaniem marksistowskiej indoktrynacji itd., ale wprost przeciwnie, jest ekspansją kulturowego marksizmu na skalę wprost niespotykaną. W tym kontekście więc już teraz możemy mówić o kolejnej wojnie kulturowej, którą nam neomarksiści fundują. Wojnie, która na pewno dobrze się nie skończy.

 
Warto zresztą przypomnieć, że żadnej poważnej wojny z komunizmem do tej pory nie było. Były rozmaite potyczki w różnych regionach świata, była walka propagandowa, była też wreszcie reaganowska polityka rzucania na kolana sowieckiego niedźwiedzia, a nawet sprowadzania go do parteru, ale niestety, niedźwiedzia nie dobito, gdy leżał (to już zasługa G. Busha ojca). Nie wprowadzono opcji zerowej dla czerwonych zbrodniarzy, a w ten sposób pozwolono, by stary niedźwiedź podniósł się z klęczek i nabrał sił.

 
Po piąte, ideologia całkowitego rozmycia jakichkolwiek sensownych projektów naprawy państwa, ideologia postpolityki właśnie, stanowiła i nadal stanowi zasłonę dymną dla postępującej oligarchizacji, a poza tym jest bezcennym i genialnym w swej prostocie wynalazkiem socjotechnicznym. Postpolityka bowiem sprowadza się we wszelkich debatach do personalizacji tego, co się dzieje na rozmaitych szczeblach władzy. Śledząc od lat programy z udziałem wielu polskich polityków (np. w Trójce czy u Olejnikowej), nie mogę wyjść z podziwu nad tym, że jedynie potrafią oni mówić o... politykach, czyli o samych sobie, o niczym więcej. Zresztą dziennikarze zwykle tak samo patrzą na establishment. Czy nie jest to podobne do myślenia o peerelu w tępych kategoriach „za Gomułki”, „za Gierka”, „za Rakowskiego” etc.? Jest, i dlatego tak wielu specjalistów słyszymy i widzimy w mediach, którzy jedyne, czym się od 21 lat zajmują, to deliberowaniem o tym, który polityk jest jaki, a który siaki, i kto co komu o kim powiedział. Do komentowania tego rodzaju rzeczywistości nawet wyższych studiów nie trzeba. A jakieś idee? Programy? Perspektywiczne projekty? Kto o czymś takim słyszał? I na co to komu? Fakt, w republice bananowej nie ma co strugać wariata jakimś głoszeniem programu politycznego. Poza tym, jeśli istotne decyzje zapadają gdzieś w Brukseli, Berlinie czy Moskwie, to czymże mają się zajmować polskie elity, jak nie samymi sobą?

 
Pytanie, czy dopiero węgierski lub grecki wariant jest w stanie nas wszystkich postawić na nogi, czy też potrzebna jest już teraz myśl taka, jaką miał Piłsudski w maju 1926 r., pozostawiam otwarte. W obecnym bowiem kształcie polskie państwo nie dysponuje mechanizmami samonaprawy, gdyż skonstruowane jest jako dysfunkcjonalne. No chyba że wszyscy razem zaczniemy przeganiać ludzi odpowiedzialnych za rekomunizację Polski (czerwonych, zielonych i różowych) z polityki, gospodarki, kultury, edukacji i innych sfer naszego życia.